Strona:Stefan Barszczewski - Czandu.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szynach, łoskot kół i zgrzyt hamulców usunięto bowiem przez zastosowanie urządzeń, odpowiednich wiekowi nie lubiącemu zgrzytów.
Ju wiedział, że pociąg ten dąży do południowo-zachodniej dzielnicy miasta, inne bowiem istniało wejście dla pociągów, dążących w stronę przeciwną, bez namysłu więc wskoczył do wagonu i nie upłynęło pół minuty, a już pociąg popędził ku następnej stacji tunelem pod Wisłą.
Zniczowie powrócili właśnie z przyjęcia u prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Wrócili wcześniej, niż zamierzali, gdyż pani Ira czuła się zdenerwowana i choć narazie zajęło ją liczne i świetne towarzystwo, to jednak, gdy zmrok zaczął zapadać, a niebiosa przybrały barwę blado-seledynową, uczuła nieprzezwyciężone pragnienie powrotu do domu.
Zaledwie stanęli w mieszkaniu i zrzuciła z siebie płaszcz wizytowy, gdy u drzwi przedsionka rozległ się gwałtowny brzęk dzwonka.
— Zapewne Chwostek — rzekł Znicz, dążąc do przedpokoju, głuchy bowiem lekarz, nie słysząc dzwonka, naciskał go mocno.
Jakże się więc poseł zdziwił, ujrzawszy na progu, zamiast spodziewanego gościa, zdyszaną, drżącą postać mongolską.
— Do kogo? — spytał surowo, cofając się jednocześnie, gdyż przypomniały mu się zajścia dni ostatnich.