Strona:Stefan Barszczewski - Czandu.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Do pani — jęknął głosem rozpaczliwym Ju — do pani!
Pani Ira, stojąca w jadalni, odwróciła na te słowa głowę i dojrzała mówiącego.
— To on! — krzyknęła przerażona.
— Kto taki? — zawołał poseł, puściwszy drzwi i śpiesząc zaniepokojony ku żonie.
— Mongoł, którego widziałam tu dwukrotnie! — odparła głosem drżącym ze wzruszenia, oparta ręką o futrynę drzwi jadalni, bo czuła, że się chwieje na nogach.
Nie zdążył jeszcze Znicz zastanowić się nad sytuacją, gdy Ju klęczał już u stóp jego małżonki i tłukł czołem o podłogę.
— O pani! — jęczał głosem rozpaczliwym. — Ja mówiłem, ja ostrzegałem! Oni porwali twą córkę...
Znicz, który był się pochylił, aby odepchnąć natręta, wyprostował się nagle, usłyszawszy te słowa.
Pani Ira stała z szeroko rozwartemi oczyma w drzwiach, podobna do posągu, nie mogąc przemówić słowa, ani też ruszyć się z miejsca.
— Podnieś się! — szepnął Znicz głosem zdławionym. — Skąd możesz wiedzieć? Bredzisz!
Ju, wciąż klęcząc, podniósł ręce do góry, jakby prosząc o zmiłowanie. Był blady, wargi krzywiły mu się w skurczu nerwowym, palce u rąk to krzywiły się, jak szpony, to prostowały sztywno, a skośne oczy utkwił w pani Irze.
— O pani! — zawołał namiętnie. — Ja mówię