Strona:Stefan Barszczewski - Czandu.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nowczą, bo uspokoił się nagle i, choć cały drżący ze wzruszenia, stanął na podłodze, ogarnął się nieco i, schwyciwszy kapelusz, wybiegł z domu.
Niebawem znalazł się przed wejściem do podziemnej kolei elektrycznej. Gwarno tu było, wesoło i rojno. Z obszernych schodów hali stacyjnej wyłaniały się tłumy świąteczne, powracające z wycieczek, drugiemi zaś schodziły i nikły pod ziemią takie same tłumy rozbawione, podążające do innych dzielnic miasta-olbrzyma. Obco i dziwnie czuł się szczupły, kosooki Ju w tej ciżbie rozbawionej. Beztroska malowała się na wszystkich twarzach, jego zaś przejmowała troska dojmująca. Ale zaciskał zęby, tłumił wzruszenie i, przeciskając się, jak wąż, pomiędzy tłumami rozbawionych warszawian, zbiegł szybko po schodach do obszernej stacji podziemnej, oświetlonej jasno snopami promieni słonecznych, spływających z lamp, rozwieszonych w górze.
Pomimo tłumu podróżnych nie było tu ścisku, ani ogonków przy kupnie biletów.
Wprawdzie większość podróżnych posiadała roczne lub półroczne karty na dowolną ilość przejazdów, ale i kto karty takiej nie posiadał, mógł z łatwością wykupić bilet do żądanej stacji przez wrzucenie monety do otworu jednego z licznych automatów kasowych.
Zaledwie Ju nabył bilet i, przepuszczony przez turnikiet kontrolera, stanął na peronie, gdy na stację wpadł pociąg tak cicho, jakby ślizgał się po