Strona:Stefan Żeromski - Uroda życia tom 2.djvu/248

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


„w poduszeczkę“ i uczynił zeń wezgłowie. Nim skłonił głowę na tej niewymyślnej pościeli, wejrzał z wielką ciekawością i niemniejszem uszanowaniem na śpiącego sąsiada, na „samego“ Powierskiego. Zobaczył surową, zaciętą twarz w uśpieniu i długo z uśmiechem miłości uczył się jej na pamięć. ...............................................................................................................................................[1] Przycupnął wreszcie, sądząc, że po wzruszeniach wczorajszej i dzisiejszej nocy zaśnie natychmiast. Ale sen, jak na przekór, odleciał. Dziwną pociechą napełniała duszę świadomość, w jakiem się to jest towarzystwie. Jeszcze też nigdy z takimi na pryczy nie sypiał! Bywali wprawdzie za sąsiadów sławni na cały Sybir mordercy, bywali wodzowie watah zbójeckich, — ale Powierski! Bezmian patrzał po śpiących, słuchał chrapania... Pewny, że wszyscy twardo śpią, nie powstrzymywał wewnętrznego wesela duszy i wybuchnął głośnym śmiechem. Tymczasem jego śmiech obudził tego i owego z sąsiadów. Ktoś spytał:
— Któż się to tak cieszy i z czego?
— Z czego się tak cieszycie?
Wreszcie prezes-inżynier spytał ze swego miejsca:
— To wy, Bezmian, tak się tam radujecie na pryczy?

Katorżnik zawstydził się niezmiernie swego wy-

  1. Przypis własny Wikiźródeł W innym wydaniu tekst nieocenzurowany: Nie mógł przebrnąć przez tę myśl, że człowiek, który w każdym kraju ucywilizowanym, dla zasług położonych na polu oświaty, niszczenia analfabetyzmu i szerzenia kultury — kierowałby rzesze młodzieży ku dobru i światłu na stanowisku ministra, tutaj leży na werku przeznaczonym dla zbójów i złodziei...