Strona:Stefan Żeromski - Uroda życia tom 2.djvu/249

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


skoku. Ot, błazen! Nie przewidział, że ludzie nie śpią, i skompromitował się. Pobudził godne osoby i zgorszył.
„Inżynier“ nastawał, zaniepokojony, czy aby nie rozstrój... Wtedy nie było już rady, musiał wytłomaczyć się:
— Przepraszam... Ech, stary niedźwiedź! W dostojne towarzystwo wszedł — i dawaj w śmiech!
— Ależ czego mianowicie?
— Ba, — czego? Śmiech pusty wziął... ..........................................[1] Uciecha!
— No, takie znowu bardzo śmieszne to nie jest...
— Śmiech ono i radość budzi... Bujne oni źródło, wodę żywą, święty zdrój wieczny kamieniami swojemi chcą zawalić... Życia w kozie nie zamkniesz!
— Jest wśród naszych chłopów gadka o wodach źródlanych, że czasem stok przez wieki bije, woda w nim zimna i czysta, — a gdy już zbyt nikczemni ludzie pić ją przychodzą, zagniewa się źródło, obraża — i na wieki pod ziemię ucieka. My tu mamy precz dookoła takie zagniewane, suche źródła.
— Och, nie! Patrzę ja i raduję się w grzesznem sercu. Gdzie im te źródła święte kamieniami zawalić! Śmiech! Samym kamienie dźwigać ręce ustaną!...
— Aby to prawda... — mruknął inżynier...





  1. Przypis własny Wikiźródeł W innym wydaniu tekst nieocenzurowany: Tam na dole szkoły całe do kryminału! Tu na górze oświatowe zarządy od dawna siedzą...