Strona:Stefan Żeromski - Uroda życia tom 2.djvu/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została uwierzytelniona.


— Chodźcie spać, bo to późno i zimno do dyabła. Macie tam wolny siennik przy ministrze.
— Aż przy ministrze?... A to już może gdzieindziej, bo to ja bardzo niskiej rangi człowiek.
— Tu niema miejsc lepszych i gorszych. Na każdem miejscu wszy takiesame po łbie i plecach spacery odprawiają.
— Któż tu, oprócz was, siedzi?
— Cały zarząd stowarzyszenia oświatowego „Nauka“. Wybrali nas całem gniazdem sześć tygodni temu. I tak se tu urzędujemy. Oto ja — prezes, tam chrapie — sekretarz, tamten grubas — to skarbnik, a to pokotem członkowie zarządu: jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć. A tam, gdzie wy macie legać, śpi nasz główny człowiek w rzeczach oświaty, Powierski.
— Jakto, i Powierski tutaj? — zmartwił się Bezmian.
— Od wczoraj go tu gościmy. Zjechał, jak na rewizyę naszej instytucyi.
Bezmian znał już niewymownie doniosłą w rzeczach oświaty działalność tego człowieka. Uważał go za swój „urząd“, za zwierzchność, czcił głęboko i z uniesieniem to nazwisko. Stał bezradnie, kiwając w stronę Powierskiego głową.
— Tak, — on sobie tu dobrze przepowie tabliczkę mnożenia. No, bracie Bezmianie, nie pora na gawędkę, jeszcze się rozmówimy, mamy czas... — mruknął Pomróz, dążąc w swoją stronę. „Spytek“ z wprawą kajdaniarską znalazł się na pryczy, — zzuł buty pocichu, ściągnął ubranie, zwinął je