Strona:Stefan Żeromski - Uroda życia tom 2.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


warzyskiej tolerancyi i uprzejmości doskonalej zachowanej.
Najliczniejsze wszakże zebrania we dworze odbywały się w niedzielę. Schodziły się zaraz od samego rana wszystkie okoliczne wioski w osobach ich męskich przedstawicieli — i zalegały podwórze. Stryj wyczytywał zgromadzonym listę podatkową, albo różne okólniki i rozporządzenia gminne. Nie było to wcale jego obowiązkiem. Spełniał to z przyjaźni i uczynności. Takie tam panowało od lat, a może od dziesiątków lat, niepisane prawo, które się stało obyczajem. Sołtys był na pół piśmienny, a w „ruskiem“ się nie oryentował. Tymczasem wszelkie wykazy odbierał wystosowane po rosyjsku. Stary pan Rozłucki z Cierniów tłomaczył to wszystko na polskie, a w wykazach podatków ruble na złote, a nawet na jakieś „czeskie“. Piotr z okna przyglądał się tym scenom z niemałą ciekawością. Stryj Michał, nałożywszy okulary, podniesionym głosem wyczytywał z okólnika, nadesłanego z urzędu gminnego, nazwiska i kwoty należności. Gdy wymienił jakieś nazwisko i dobitnie odstawił ilość złotych, albo „siedm, ośm, dziesięć czeskich“, przerywał i z nad okularów szukał w tłumie pacyenta, a znalazłszy go oczami, powtarzał jeszcze kilkakroć wysokość podatku.
„Wyczytywanie“ trwało zazwyczaj aż do „sumy“. Wówczas zaprzęgano konie, następowało uroczyste golenie się, ubieranie w godowe szaty, tesame zresztą od szeregu lat, i paradny wyjazd odświętną bryczką do parafialnego kościoła. Przed kościołem