Strona:Stefan Żeromski - Uroda życia tom 2.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


co bądź przestrzegać musi, nie podobna im zabronić wstępu.
— Nie myśl tylko czasem, że jestem jaki chłopoman, jaki agitator, albo działacz na urząd. Ja tam po chałupach, jak Wiktor, nie biegałem, nawet im rewizyt nie oddaję i to z zasady, żeby sobie znowu do głowy nie przybierali, że zabiegam o ich względy. Chcesz przychodzić na gazetę, no to przychodź. Nawet ten fetór chamski cierpliwie znoszę. Nie chcesz przychodzić, Bartku z Wickiem, no to nie przychodź. Nikogo nie zapraszam...
Zdawało się, że pogardza tym motłochem. W gruncie rzeczy lubił towarzystwo chłopów. Nie trudno było spostrzedz, że jednych przekładał nad innych, że z niektórymi obchodził się dosyć pogardliwie i nawet z pańska, a innych tak wenerował i otaczał niepostrzeżonym szacunkiem, jakby należeli do najwykwintniejszego towarzystwa. Stosowało się to szczególniej do dwu wieśniaków starych i mądrych, którzy pewnego wieczora przyszli. Stryj rozmawiał z nimi jakoś zupełnie inaczej, niż z ich sąsiadami. Słuchał cierpliwie tego, co mówili, tolerował nawet ich przesądne, z ciemnych guseł wyrosłe poglądy, — jeśli zaprzeczał ich twierdzeniom, to oględnie i ze szczególną grzecznością, która się nie chce wynosić ponad współbrata i opiera na wysokiem wszystkiego zrozumieniu. Młody oficer doznał tego wieczora zabawnego wrażenia, że nigdy nie był w grzeczniejszem i subtelniej dobranem towarzystwie, nigdy nie widział to-