Strona:Stefan Żeromski - Uroda życia tom 1.djvu/257

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została skorygowana.


przecie być plotkarzem, który wieść rozniesie po cukierniach miasta. Po drugie szyć co tchu wyprawę, zamówić popa, karety, drużbów i druchny, — no i kołyskę.
— Ona po całych nocach nie śpi, chodzi po pokoju, wałęsa się po domu, schodzi do ogrodu, wraca, znów gdzieś ucieka, coś pisze, pisze na dużych arkuszach listy do pana, czy do kogoś innego — nie wiem, — coś pali w kominku, przychodzi do mnie i mówi dziwne, niestworzone rzeczy. Na głos rozmawia z panem, modli się, leżąc godzinami na podłodze w tym wąskim korytarzyku, który do jej pokoju prowadzi. Najczęściej zaś stoi przy oknie i płacze w przestrzeń jednym głosem tak dziwnie i tak strasznie, jakby wyła. Biedna Tania! Zaplątała się w sieciach, które na pana chciała zastawić, gdy ją pan zdradził tak bezlitośnie, tak na zimno...
— Zdradził! Ja ją zdradziłem?! Przecie ja nie żenię się z nikim, ani się w nikim nie kocham.
— To też ona poleciła mi, żeby panu to wszystko powiedzieć i żeby pana tylko o to jedno zapytać, co ona ma zrobić? Tylko to jedno pytanie, co ona ma teraz zrobić? Tak kazała. Tylko już to jedno jedyne pytanie, co ona ma zrobić? Jak pan rozkaże, tak się stanie.
— Cóż ja mogę powiedzieć... — zaczął Piotr w poprzednim, męskim tonie, lecz nagle zaciął się. Myśli zapadły się i zawaliły weń, jak gruzy domu głupio zbudowanego. Bezużytecznemi wydały się wygodne, cyniczne słowa. Nędzną pokazała się sztu-