Strona:Stefan Żeromski - Uroda życia tom 1.djvu/258

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została skorygowana.


czna wyniosłość między łzami. Szedł tąsamą drogą w parku, którą był szedł po raz pierwszy z prześliczną dziewicą Tanią, gdy go na szczęśliwą schadzkę wezwała. Tesame bezlistne stały drzewa, taksamo leżał cienką warstwą śnieg, taksamo huczał wiatr w nagich konarach, tensam stał posąg greckiej bogini, zniszczony i zamazany czegoś symbol... Gdzież jest Tania?
Porwała się w nim rozpacz, jak obłąkany ze swego kaftana. Oto tasama kamienna ławka, zasypana wiotkim śniegiem...
Żal, straszliwy w swej mocy, w swej niepojętej wiedzy o wszystkiem, rozdarł serce. Jakże tajnie, a jak logicznie złożyły się te wszystkie sprawy!
Zdało się, że ktoś bezdennie a podstępnie mądry zważył wszystko na niewidzialnej a subtelnej szali, — wszystko, — nie zapominając o niczem, o najlżejszem westchnieniu wiatru, o najlichszej prószynie śniegu, o najbardziej małej gałązce. Piotr chciał powiedzieć miłosne i litościwe słowo, posłać je Tani, ale oto nagle, jak złowieszczy błysk miecza zamigotała w jego duszy straszliwa prawda, że ona była w objęciach Roszowa, że z tamtym poczęła dziecko, że zdradziła miłość zaprzysiężoną. Rzekł twardo, surowo i zimno:
— Niech jej pani powie, że ja we wszystkiem, com zrobił, jestem w porządku. Tak musiałem. Nie chciała iść ze mną... Zdradziła naszą świętą miłość.
Francuska głośno, z wybuchem zapłakała. Ale wnet uspokoiła się. Wytarła chustką oczy. Przez jakiś czas szła spokojnie aleją. Nagle podniosła na