Strona:Stefan Żeromski - Uroda życia tom 1.djvu/253

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została skorygowana.


być zerwane... Ale sama obecność Roszowa obok niej — już dawno wszystko zdecydowała.
W czasie namysłu Piotra stary lokaj stał przy drzwiach w swym czarnym surducie, z mnóstwem orderów pod jego klapą. Gdy Piotr podniósł głowę, żeby dać odpowiedź, ten stary sługa, wbrew zasadzie subordynacyi i oczekiwania, — przemówił:
— Piotr Iwanycz...
— A co to powiesz? — przerwał mu Piotr wyniośle.
— Piotr Iwanycz, — nisko ja się tobie kłaniam i proszę o przebaczenie, że śmiem mówić...
— No, dobrze, dobrze. O co ci idzie?
— Piotr Iwanycz, — ja czołem biję przed tobą...
— Powiedziałem, żebyś wyłożył, czego chcesz.
— Przebacz ty już Tatjanie Iwanownie, odpuść!
— A to co ma znaczyć! Tobie co do tego!
— Przebacz ty jej przez miłość Chrystusa Zbawiciela. Przebacz i mnie, staremu człowiekowi!
— Na ten raz przebaczam. Ale nie waż się wtrącać w taką sprawę. Zrozumiałeś?
— Tak jest, w istocie. To do mnie nie należy. Ja dużo wiem, Piotr Iwanycz, ja i twój gniew rozumiem, choć ja i lokaj. Zlituj ty się nad Tatjaną Iwanowną przez miłość Chrystusa Zbawiciela. Sam wiesz, dla czego.
— A dla czegóż to mam się nad nią zlitować? — szarpnął się Piotr.
— Widziałem, jakeś do niej chodził na wiosnę, kiedy to plany w kancelaryi jego generalskiej mości pisałeś. A teraz ona z tamtym. Zważ!