Strona:Stefan Żeromski - Uroda życia tom 1.djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została skorygowana.


— No, więc cóż? Skoro chce być z tamtym, to ja przecie z nią być nie mogę. Czy tego jeszcze zrozumieć nie możesz, choć tyle lat przeżyłeś?
— Piotr Iwanycz! Na ręku ja ją wyhodowałem. Mówić i chodzić przy mnie zaczęła. Znam ja ją! Nie dobrze ta sprawa stoi...
— Powiedz mademoiselle Mathilde, że przyjdę... — rzekł Rozłucki, przerywając wynurzenia starego sługi.
— Słucham... — mruknął lokaj i wyszedł z niskim ukłonem.
O naznaczonej godzinie ubrał się starannie i poszedł na plac za ogrodem miejskim. Zbliżając się do tego miejsca, spostrzegł Matyldę — samą. Doznał zawodu. Powinien był ucieszyć się, że Tatjany niema, — a oto tak bardzo się nie ucieszył! Głucho, twardo zakołatało serce. Niepostrzeżone afekty zawirowały, jak odór ohydy życia bez Tatjany, — pomimo, że logicznie rozumował i cieszył się na pozór z takiego obrotu sprawy. Francuska była podniecona, blada, niespokojna. Na zapytanie, czy przychodzi od Tatjany, odpowiedziała niejasno. Bredziła coś o dawniejszym stosunku...
— Słyszałem, że Tatjana Iwanowna zdążyła już zaręczyć się z monsieur Roszowem... — przerwał.
— Tak... — mruknęła wymijająco, — Tania się zaręczyła. A cóż pan na to?
— Składam życzenia na razie za pośrednictwem pani. Później, później sam je złożę osobiście. Jeżeli dotąd tego nie uczyniłem, to tylko z tego powodu, że nie byłem z dobrego źródła powiadomiony, a nie