Strona:Stanisław Przybyszewski - Polska i święta wojna.djvu/88

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    aż nadto widoczne złożyła dowody — me tylko objąć, ale zrozumieć, i z pokorą, godną tylko najsilniejszych, ocenić i wzajem się odpłacić.
    Czyżby za śmiałe miało być to przeświadczenie, że i Niemcy wyciągają ku Polakom rozbrajającą, przyjacielską rękę, ci sami Niemcy, którzy dziś są dumni z sojuszu z Turcyą, jedynym narodem — »et haec meminisse iuvabit« — który po dziś dzień nie uznaje podziału Polski, mimo, że Polska, jako przedmurze Zachodu, nie jedną wojnę na śmierć i życie z nią toczyła.
    A gdyby to wszystko miało być tylko illuzyą, jakżeż się jej wyzbyć, gdy się czyta słowa, przez najpotężniejszego geniusza Niemiec, wcielenie duszy niemieckiej, Wolfganga Goethê, które wypowiedział do Eckermanna:
    »Es giebt eine Stufe, wo man ein Glück oder ein Weh seines Nachbarvolkes empfindet, als wäre es dem eigenen begegnet. Diese Kulturstufe war meiner Natur gemäss!«
    I na tym stopniu kultury stał naród niemiecki 1831 roku — miałbyż teraz wstecz się cofnąć i o tem zapomnieć?
    Chyba przenigdy.
    Więc to jedno nie jest naszą illuzyą!
    Straszliwa powaga Śmierci rozpostarła swoje skrzydła ponad wijącym się w krwawych męczarniach Narodem, który umrzeć nie chce, i któremu nie da-