Strona:Stanisław Przybyszewski - Polska i święta wojna.djvu/24

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    w Belgii: teraz przyszła kolej na Polskę, a losy wojska polskiego jęły się poważnie ważyć na jedną i drugą stronę.
    Mikołaj pienił się z wściekłości na Jakobinów — stratować, w ziemię wdeptać, w całem morzu krwi chciał spławić te przeklęte rewolucye — z coraz gwałtowniejszą nahalnością napada na swego pruskiego teścia, by wraz z nim raz koniec położył tym bezeceństwom, a podczas gdy kadry spiskowców coraz więcej się wypełniaj — liczono już teraz przeszło 200 oficerów warszawskiego garnizonu, podczas gdy Konstanty ślęczy w coraz większem natężeniu nad planem Prądzyńskiego, by ostatecznie zmiażdżyć Prusaków, oznacza Mikołaj termin, w którym ma nastąpić wymarsz wojsk polskich, aby uśmierzyć na Zachodzie rozruchy rewolucyonistyczne.
    Teraz tylko Czyn mógł być Zbawieniem! Ani chwili czasu nie było do stracenia. Termin wymarszu (22 Grudnia) zbliżał się coraz więcej, a paroksyzm gorączki opanował wojsko polskie i całą ludność Warszawy. Teraz nie było można, nie wolno było nawet dłużej czekać: w nocy 29 listopada opanowali spiskowcy Belweder — Konstanty uratował się z ciężkim trudem ucieczką, a raczej pozwolono mu się ratować, bo ślamazarna rycerskość podchorążych nie pozwalała im kalać rąk książęcą krwią — i w tej jednej bohaterskiej nocy została Warszawa od Rosyan oczyszczoną,