Przejdź do zawartości

Strona:Stanisław Przybyszewski - Poezye prozą.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

Wszystko było ze złota i kosztownego metalu. Oczy jego zaślepły orkanem blasku i zwróciły się ku duszy, ogłuchł od szczękotania złocistych blach, a w ustach uczuł kwaśny smak, jak gdyby długo lizał metalowe płyty.
W strasznej rozpaczy chciał się w ziemię zagrzebać, ale ciało jego darło się od ostrych kamieni kosztownych, krew z jego ran skrzepła na płytach metalowych i zamieniła się w gryzącą truciznę, słońce rozpaliło złomy złotego kruszcu, że buchnął żarem ognia.
W śmiertelnym strachu owładnęła nim obłąkana chciwość; że więcej złota i więcej jeszcze skarbów zapragnął, by ramionami swemi mógł objąć cały świat i wszystkie skarby z jego łona wygrzebać. Zapragnął, by mógł się rozciągnąć na tysiące mil, by te olbrzymie bryły drogiego kamienia mógł ciałem swem pokryć, zapragnął, by mógł się stać jednym potężnym łańcuchem złotonośnych gór, by na wszystkie wieki mógł w łonie swojem to wszystko ukryć...



Trwało długo, zanim przyszedł do siebie.
Zapadał w głęboką apatyę, w długie a błędne rozmyślania bez myśli, bez bólu, bez wspomnień.
Aż wreszcie jednego dnia uczuł ową siłę i twórczą potęgę, co korzeniami swymi tkwi w bólu.