Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


umiejętnie, i pochylenie czy w pewnych chwilach nagłe poderwanie głowy, zmiana głosu; to robiło wrażenie, — właśnie: robiło jednak wrażenie; czy i on ulegał, czy ulegał własnym słowom, a także mnie, mojej minie, modulowanej — mimo że chwilami już prawie zasypiałem — modulowanej — czy na pewno zupełnie świadomie? poddającej się — on modulując głos modulował równocześnie moją maskę, a ona, modulowana, skłaniała go chyba do nowych modulacji a one znowu maskę, a maska, i także pewne moje, uległe słowom jego, moje słowa, które znowu — — tak, to jakoś wzrastało i myśmy ulegali, to była zabawa która bawiła wreszcie nie nas lecz bawiła się nami, — zresztą czy to naprawdę była tylko zabawa? — nawet ta nad którą wreszcie nie panowaliśmy?
zaraz; głos Anda za moment podniesie się i znowu pomyślę — jak zresztą nieraz myślałem i dawniej — „świetny aktor”,
aha, „myśmy ulegali” „to była zabawa która” — czy to — ten za wszelką cenę spokój, silenie się na olimpijski dystans, na ocenianie — czego? i czym? — ten znowu krypto-obłęd, i jeszcze to, właśnie te tutaj słowa o obłędzie, czy nie jest uleganiem, — wciornaści, ratuj Świdryga, he he,
ratuję: głos Anda za moment podniesie się i znowu pomyślę: „świetny aktor”)
— obojętne już czy piękne czy ohydne ale niech będzie, niech wreszcie wiem że jest. — Nie, ty się tu nie zgadzasz ze mną; a więc jeżeli naprawdę wierzysz że jest — że one coś tam — że jednak — to fakt że siedzisz spokojnie gdy ta kelnerka jest blisko — (właśnie: ona przechodziła) — ten fakt że siedzisz jest straszli-