Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zdradą tego rozżarzonego opętania które wtedy po usłyszeniu tamtego opowiadania nagle wchłonęło twoją przeszłość i wchłaniało cały twój dalszy czas twoją krew, które całym tobą wznosiło tę fantastyczną budowlę —
(naprawdę byłem tego samego zdania. A siedziałem spokojnie. A kelnerka przechodziła.)
jest więc ten fakt zdradą całego twojego życia, jest jego przekreśleniem, unicestwieniem, jest zwyczajnym morderstwem; zbrodnią. — Aha, żyjesz; a czy cię to nie zdumiewa, że jednak jeszcze żyjesz?
— Zdumiewa — powiedziałem;
tak, wszystko to wreszcie było przekonywające i on nawet nie musiał mówić tak dużo i tak bardzo logicznie, zresztą nie mówił tego tak jak tu powtarzam w jakimś nieprzerwanym monologu, ale treść — choć były momenty w których prawie spałem, jednocześnie myślałem jeszcze o podziemnym mieście — treść tych jego trochę rwanych zdań pamiętam dobrze i nawet pewne tu całe zdania wiem że są jego, a jakieś jego myśli rzeczywiście rozwijały się we mnie, bo to jego rozumowanie nie było ode mnie tak znów dalekie, więc te myśli jeżeli rozwijane to chyba nie za daleko od kierunku jakby wyznaczonego jego rozumowaniem,
a w pewnej chwili może nawet już nie on lecz ja powiedziałem — czy myślałem — „tak, to jest w nas tak wielkie, może być tak wielkie, bo nie istnieje; nie jest do sprawdzenia; tylko czysta wyobraźnia może nadać czemuś taką bezgraniczność, bo przecież wcześniej czy później poznajemy marność — (a kelnerka przechodziła. I miałem ogromną ochotę. I siedziałem. I mówiłem czy myślałem:) — marność wszystkiego co jest do po-