Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


historyjkę, tę tak oszałamiającą tak cudownie upojną że nie mógłbyś jej odrzucić, cudownie upojną i to jest jedyny powód wybrania tej, nic więcej nie przemawia za tym aby wybrać ją właśnie: jedna i druga opowiedziana, wmówiona; i nikt, gdy ja powiem że syna — o ile go naprawdę mam — przyniósł mi bocian, nikt nie jest w stanie udowodnić mi że to się stało w ten inny sposób. Co? — no więc spróbuj; ta kelnerka jest znowu tutaj; dlaczego siedzisz, dlaczego nie ruszysz się? —
bo jeżeli od momentu gdy usłyszałeś tę oszałamiającą opowieść twój każdy dzień czas twojego zasypiania i budzenia się jeżeli wszystko było budowaniem dekoracji do tego czegoś co kobiety mają mieć — a nie chcesz się jeszcze zgodzić z tym że to były dekoracje raczej do dziwnej komedii, w której twoim partnerem, a jesteś jej bohaterem, twoim partnerem jest tylko opowiadanie, nic prócz opowiadania, dawnego, powtarzanego jeszcze później, lecz trochę niewyraźnego, tak że nawet już nie ono a same dekoracje; bohaterem tej dziwnej, niezrozumiałej dla mnie komedii, nie wiem po co, nie wiem komu to potrzebne — wiedziałem już że tak jest, a mimo to chciałem wierzyć, że nie same dekoracje, że one muszą mieć jakąś podstawę (wciornaści, kelnerka przechodziła), jakąś podstawę; czekałem, niech zobaczę — doznam — sprawdzę — niech wreszcie — obojętne już czy piękne czy ohydne ale niech będzie
(tylko, że myśmy się przecież śmiali; no, chwilami trochę inaczej, chwilami tym właśnie patosem, tym niedopuszczaniem śmiechu, patosem oczywiście świadomym, umyślnie robionym; głos Anda był modulowany