Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


otwarty, Andowi zostało parę złotych mogło wystarczyć na kawę;
— — widzisz tę kelnerkę — mówił And — załóżmy, że to jest kobieta; zgódźmy się na to pojęcie; a nawet nie: stwierdzam — jeżeli tego chcesz, jeżeli uważasz że ci się to na coś przyda, a udowodnię ci że na nic, o ile już sam nie doszedłeś do tego wniosku ale go jeszcze odrzucasz, że na nic i że lepiej powiedzieć sobie „nie ma” — ale jeżeli chcesz; stwierdzam więc; że są; ta kelnerka jest kobietą; naprawdę;
(he he; ja się uśmiechałem, a on też nie robił posępnych min gdy to mówił)
no więc doskocz teraz do niej, zedrzyj z niej spódnicę, sięgnij ręką tam pomiędzy jej nogi, sprawdź, na co czekasz? widzę jak wlepiasz w nią ślepia, myślisz tylko o tym, tak, myślimy tylko o tym, dlaczegóż siedzimy spokojnie, dlaczego siedzieliśmy czy przechodziliśmy spokojnie obok tylu kobiet; co? jakieś zasady towarzyskie, moralność, albo że mogą zamknąć do ciupy czy domu wariatów? — nawet śmierć — gdyby to istniało naprawdę — nawet śmierć nie mogłaby powstrzymać, jeśliby —
bo jeżeli od czasu gdy opowiedziano ci tę fantastyczną historię, gdy ci wmówiono że one mają coś tam pomiędzy nogami — aha, mówiłeś mi o żonie, a także o synu, tak, syn, głównie to, bo żona, no cóż, kobieta, jak i ta kelnerka, jak i wiele innych, ale syn — pomijając już moje wątpliwości czy rzeczywiście ich mam — syn to argument który moje stwierdzenia obala; bo historyjka na przykład o bocianie jest przecież tak głupia, no a przede wszystkim pozbawiona tego wszystkiego co pojawiło się później, gdy opowiedziano ci tę dru-