Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jakimiś słowami Anda — zresztą te jego słowa nie były za bardzo odległe od moich myśli a poza tym chwilami jakby przechodziły obok mnie jakbym ich wcale nie słyszał i zresztą on mówił niewiele — uparcie powracały, te myśli które powtórzyłem tu chyba dość wiernie, o podziemnym mieście i jego ludziach i kobietach — tak, byłem jeszcze trochę pijany — i że już tam zostaniemy i że dobrze, ta prawie, jak powiedziałem, radość, że zostaniemy, że wszystko co było do osiągnięcia jest wreszcie osiągnięte i już poza nami jest wszelkie dążenie,
pijany i bardzo zmęczony,
nie wiem czy And myślał podobnie i czy pamiętając jeszcze jazdę pociągiem również uświadamiał sobie że już przy końcu pociąg nie jechał po powierzchni że w pewnej chwili zaczął jechać w głąb ziemi — ściemniło się przecież tak nagle — że wdrążaliśmy się już nie w noc lecz w ziemię; po to, żeby znaleźć się w tym mieście, podziemnym, bardziej prawdziwym,
czy podobnie myślał; on, który już wkrótce miał się zatrzymać tam — niżej; czy o tym wiedział
i czy również zapragnął — może podobnie nie przestając sobie powtarzać że to miasto jest rzeczywistsze — gdy ujrzał schody prowadzące w górę czy zapragnął wyjść jeszcze na powierzchnię, zobaczyć tamto inne niebo, stanąć w innym powietrzu —


wiatr osłabł, lecz wzmagał się deszcz, chłód trochę nas orzeźwił, wyszliśmy z dworca, zaraz naprzeciw świecił szyld kawiarni czy restauracji, sądziłem że już jest północ lub dalej a tymczasem ten lokal był jeszcze