Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


połyskujące pustoszenie, wydrążaniem budujące świetliste otoczenia wydrążeń, pustoszenie rodzące się z pustoszeń połysków wydrążań poprzednich, ten nieprzerwany, ciągle kontynuowany, i nawet regulowany, mający swoje stale udoskonalane konwencje, obłęd, czy po prostu — jak się mawiało niegdyś — gonienie w piętkę. He he Świdryga.
Co? Właśnie: to zabija. He he.
A z początku, jeszcze z początku, twórca tego sądzi że to — ten obłęd te ramki — że te ramki mu służą podlegają jego władzy; skoro je przecież zrobił sam, tak, stworzone są jego własnym i — jak wtedy, z początku, może powiedzieć — niewielkim i może nawet bezwiednym wysiłkiem; one, ta jego, jak sądzi, lekka zdobiąca go trochę oprawa,
a później gdy ona zaczyna go już wchłaniać i gdy on próbuje się jej czy im — tym ramkom — wymknąć, to jednocześnie nie przestaje ich złocić, jest mu ich żal i jednocześnie wątpi czy uda mu się z nich wydostać a ta jego wątpliwość wzmaga jego złoceniowy zapał bo on rozumuje że jeżeli już nie może z nich wyjść i tę swoją wątpliwość tym powiększa — może nawet nie zdając sobie z tego sprawy — rozszerza ją bo ona jest jednak słodka bo jego myślenie już całe — wcześniej niż on, niż dalszy jego ciąg — jego myślenie jest już tylko ramką i już nie to że nie potrafi inaczej ale nie chce inaczej myśleć, więc że jeżeli już nie zdoła wyjść to niechże to w czym siedzi (i w czym zdechnie. I to zdechnie w sposób zabawny: jako ramka, — przypisek, he he, mój), niech będzie czymś naprawdę świetnym — wątpiące w siebie wydobywanie się i równoczesne choć czasem skryte złocenia.