Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dzy innymi (jak sobie to nagle uświadamiam, czy uświadomiłem przed chwilą) o takie właśnie ramki, i z podobnym całym cyklem
który się zaczyna od czegoś w rodzaju zobaczenia, następuje potem cieplutka jeszcze z początku gra wyobraźni, by poprzez niepojęty dla mnie, urągający wszelkiemu rozsądkowi, poryw budowania, czy raczej dobudowywania, a pochłaniający wreszcie całkowicie tego budującego, dojść do przywalenia go, miażdżenia,
choć przedtem — lecz zwykle już trochę za późno — mogą być próby ucieczki — za późno i histeryczne i też jakieś ramkowate — próby wydarcia się z tej budowli; miała być promykiem, radością (aha — jak powiedziałem, jak już powiedziałem zaraz na początku — ja nie o nim, nie o Andzie, lecz o sobie, no o nim też, bo on, pomijając już inne i ważniejsze chyba względy, myśląc tylko o tym, on mnie interesuje — on poszedł w tym trochę dalej —, lecz o sobie, nie to że on, lecz ja, że ja w tym tkwię („sztuki piękne”, ale tak samo gdy sobie kto w łeb wbije Marsjan lub coś ze zupełnie niższych rejonów; lecz ponieważ ja nie działałem na tych polach — ), że jeszcze w tym tkwię) — powiedziałem że podobne do ramek tamtych z dziwami, ale zobaczenie jeszcze różnic, właśnie różnic, może wprawić w coś już wyższe niż zwyczajne niepojmowanie, w coś już jak w majaku sennym — te drugie przewyższają wszystko najbardziej nawet obłąkańczo złocone tamtych, nie mając równocześnie — jak mają tamte — żadnego naturalnego źródła; właśnie to: fantazje wysnuwane tylko z fantazji, te ramki są puste, — nikną w nich i ich twórcy, są wreszcie wchłonięci, cali stają się tylko ramkami;