Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pomnę — i będę myślał że teraz że tym razem ten obrazek jest inny, (podreperowany? że ktoś go już podreperował, co?) powiedziałem: nie myślę o reperacji,
i mógłbym się tutaj tym nie zajmować, och Świdryga mógłbyś się nie zajmować, bo powiedziałem sobie — i już ze spokojem — myląca ramka; a ona to nie tak ta fasada — piękne ciało, spojrzenia i uśmiechy, nawet pewne słowa, pseudomądre i pseudoczułe, całe w tym ozdobnym stylu zachowanie się — nie ona; bo to jest jednak miłe, to naprawdę ma wartość,
ale wartość właśnie tylko tę — fasadową; i dlaczegóż ta fasada musi od razu skłaniać do podniosłych rozważań, do tych świetlistozłotych budowań, tych nakładań na jedne, już i tak mylące ramki, tych drugich, bardzo złotych i bardzo — pomimo wszystkich ich subtelności, a raczej chyba właśnie dlatego — bardzo ciężkich, ciężkich często nawet dla samego obrazka, grożących mu nawet jego uszkodzeniem — o ile by tam było coś do uszkodzenia, o ile cały ten obrazek nie byłby tylko uszkodzeniem (samoistnym, istniejącym tylko w sobie, w fakcie uszkodzenia; jest uszkodzeniem, więc jego reperacja równałaby się jego unicestwieniu), och Świdryga, zresztą nie to, nie o tym, tym bardziej że zdarzają się jeszcze chwile w których myślę że And gdy wtedy w tych tunelach mówił „nie istnieją” miał rację; więc nie o tym; mnie interesują twórcy tych ciężkich rozbłyskanych ram, i to późniejsze walenie się ram na swoich twórców;
mógłbym się jak powiedziałem, och Świdryga zlituj się mógłbyś och wciornaści, mógłbym się tym nie zajmować, ale mnie tu w tej historii z Andem idzie mię-