Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wane z widoku fasady, i ileż tam na powierzchni bywa tragedii z powodu tych złoconych ramek nędznego obrazka, z powodu nagłego odkrywania czegoś zupełnie nędznego pod pysznymi złoceniami, tam na powierzchni która podobnie jest oprawiona fałszującymi mylącymi świeceniami —, twarze ręce czy szyje kobiet które tu widziałem nie mogą nikomu wmówić nic nieprawdziwego — jeżeli nawet ktoś w tym podziemnym mieście miałby nagle pragnienie popatrzeć trochę niżej lub wyżej miejsca w którym jest ta cała ich istota, — aha, satyra; satyra prawie obyczajowa, co? — Nie, rozanielona buziu,


nie satyra; ja nie chcę niczego tym osiągnąć — i jest z tamtej sytuacji i zmęczenia w którym mogłem przesadzać, ale jest i dalej, ja mówię to teraz, zmęczony może lecz w inny sposób i nie tak bardzo — mówię nie myśląc tym nic osiągnąć. Patrzyłem, doznawałem; ale daleki jestem od choćby żalu czy pretensji; i to tutaj — gdy nawet jest nie tylko powtarzaniem myśli tamtych — nie jest opluwaniem; tak, żadnym szczeniactwem.
Nie satyra; i jeżeli myśl o dziwie wzbierała we mnie nieraz jak hymny do Boga (tak, i moje z tej myśli teksty, może nawet bardziej niż religijne, — nie, nie były nieszczere) i jeżeli ta myśl o Dziwie będzie jeszcze wzbierać we mnie tak ekstatycznie — a wiem że będzie — to nie dlatego że nagle zapomnę (ja, moja świadomość, moja trzeźwa myśl — he he — której wtedy nie będę słuchał, choć ona będzie) nie że za-