Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/85

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niezbyt szybko, ludzie przeważnie brudni, nędznie ubrani; jakieś dwie kobiety, jakby żebraczki, a to były chyba kurwy, przechadzały się wzdłuż któregoś z korytarzy;
te podziemia stacyjne stolicy zagłębia węglowego wydały mi się nagle jakimś przedsionkiem kopalni, kopalni z której już nie wyjdziemy; któryś z korytarzy, myślałem, zaprowadzi nas pod ścianę węgla, a może wybuch dynamitu odsłoni węgiel w którejś ze ścian, lub zapadający się w momencie wybuchu zapadający się tam w te podziemia jakiś parowóz czy cały pociąg rozsypie się w kawały węgla i ci ludzie siedzący na ławkach poderwą się do pracy i my również rzucimy się razem z nimi na ten węgiel, a teraz mamy jeszcze chwilę czasu, chwilę odpoczynku po podróży, i jeżeli czekamy na jakiś pociąg to właśnie na ten,
albo kopalnia jest trochę niżej; na tym poziomie nie ma i nie będzie żadnego węgla, jest niżej ale niezbyt daleko i może rzeczywiście można tam dojść jednym z korytarzy, może właśnie tym, odnoszę wrażenie że opada w dół jak pochylnia, idziemy wolno, powinniśmy iść jeszcze wolniej, trzeba przedłużyć ten czas odpoczynku, w dodatku jesteśmy przecież jeszcze niezupełnie trzeźwi, wolno, jeszcze wolniej, w jednym z dwu lub trzech podziemnych kiosków And kupił bułki ze serem, należy to spokojnie jeść i iść nie spiesząc się, trzeba mieć jakieś siły do pracy;
I jest jakaś prawie radość, że wreszcie jesteśmy na miejscu, że ta jakaś bardzo długa męcząca droga — a nie myślałem tylko o tych ostatnich trzech dniach (he he, — no tak. Zaraz: byłem przecież bardzo zmęczony; więc chyba mogłem pozwolić sobie na patos;