Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/84

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— No, rozmowa była słodka; znowu było coś co zawdzięczam wyłącznie tobie. Zaraz, któż to powiedział: „w mowie — słodycz idiotów”? — bo zapomniałem.
— Nie wiem.
— A powinieneś. Powinieneś pamiętać kogoś kto był tak dobry czy grzeczny i poświęcił ci tych parę słów; bo to jest już wyłącznie o tobie. Pomyśl: ktoś tak miły że aż zechciał parę słów poświęcić tylko tobie.
— Dlaczego próbujesz nie być słodki w mowie, Midryga?
— Ach, prawda. Przepraszam, Świdryga.
i zaraz:
— Tak, rozmowa słodka. Prawie tak, jak te sucharki. A my teraz mamy ochotę na coś słodszego, za czym już stęskniliśmy się, na coś naprawdę słodkiego;
odpowiedziałem mu, żeby już wyciągając z kieszeni te karty wyciągnął też swoją chusteczkę i żeby się jej przypatrzył; że to będzie chyba równie słodkie; oczywiście mówiłem to także z miną której w żadnym wypadku nie można by nazwać groźną lub ponurą, ale on jednak już nic nie powiedział, i milczeliśmy do chwili gdy pociąg dojechał do tamtego dość już dużego miasta i gdzie mieliśmy się przesiąść, i okazało się że na ten drugi pociąg będziemy musieli czekać około półtorej godziny —


Z peronu zeszliśmy w dół; było trochę cieplej w tych tunelach i korytarzach pod torami i peronami; i chyba tam była też jakaś hala, jakby poczekalnia; wiem że były ławki, może zresztą ławki były pod ścianami w korytarzach, trochę ludzi na nich, a także przechodzący