Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/83

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.



Jeden wrzeszczał: „Konaj żywcem!” a drugi: „Wciornaści!”
Tańcowali aż do zdechu i aż do upaści!

— No tak, jesteś sentymentalny. Ale „wciornaści” bardzo mi się podoba, to rzeczywiście coś dla nas.
— No... — Wiesz, przyszło mi to do głowy gdy ty wysiadłeś
— tańce to coś z karnawału; kiedy jeszcze pisałeś, to w którymś wierszu — poczekaj, jak to tam pisałeś — karnawał tak do umierania podobny, jak
— gdy wysiadłeś i pociąg ruszył; widzisz, twój płaszcz leży jeszcze na ławce, zdjąłem go wtedy z wieszaka i położyłem się na nim, pomyślałem że będę sobie słodko i dość wygodnie spał na twoich szmatach podczas gdy ty tam wyjesz do deszczu i wiatru czy może zdychasz gwałcony przez jakiegoś pedała albo podrzynany tępym kozikiem; w każdym razie była jakaś nadzieja że cię już nie zobaczę; a potem zerwałem się żeby zahamować pociąg, bo przyszło mi nagle do głowy: Świdryga i Midryga, pomyślałem że my
— „Zaskoczyła ich na słońcu Południca blada”; jak myślisz, co by to mogło być u nas ta Południca? bo „poklękali wzajem” się nawet zgadza... tylko czy oni śpiewali „W krzyżu cierpienie”... na tych klęczkach... co?... nie pamiętam
— że my też, tak już, razem; Leśmian — mówił dalej And — to był świetny i niegłupi poeta, mimo iż nie przewidział, że Świdryga może wyjść z pociągu po sucharki a tymczasem pociąg z Midrygą odjedzie; więc chciałem zahamować pociąg, ale on sam stanął.
A po chwili: