Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/86

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i wiem: później też. A zresztą to co? To co, wesołku?) — że ta droga jest już skończona i jest wreszcie to — trochę może twarde — ale bardzo go pragnęliśmy, pragnęliśmy jakiegokolwiek, i to jest właściwie dobre — twarde uciszenie, uspokojenie. Radość, że jesteśmy już na miejscu i że czeka nas tylko ta praca a potem powrót tutaj, do tego podziemnego miasta; tak, bo to nie jakiś przedsionek lecz miasto; i powrócimy tu później, razem z tymi ludźmi, razem z nimi będziemy odpoczywać siedząc na ławkach czy przechadzając się podziemnymi ulicami;
są, widzę ich, jest ich dość dużo; tak, i żaden z nich nie próbuje się stąd wydostać,
jakby nie tylko nie mogli — a chyba wiedzą o tym tak jak i my, my już teraz jedni z nich — jakby stąd wyjść nie tylko nie mogli ale nawet i nie chcieli;
skoro to podziemne miasto jest bardziej prawdziwe,
bardziej prawdziwe niż miasta tamte na powierzchni — o ile nawet któryś z nich zadaje sobie jeszcze trud aby je sobie przypomnieć, o ile pamiętając porównuje;
prawdziwe; w jego światłach nie ma nic ze złudnych przejaśnień tamtych powierzchniowych dni, tu nie ma rozświetlanych zieleni, żadnych pawich wschodów — które wreszcie są już tylko szyderstwem,
te lampy, w dość niskim stropie, mają surową, nie większą od koniecznej jasność, przeszedł obok nas człowiek z głową trochę pochyloną, idzie nie spiesząc się, nie popędza go myślenie o czymś czy o kimś, że jest, czeka, tam dokąd on idzie, jeżeli nawet jest, to żadna wyobraźnia nie rozszerza mu tego poza właściwe temu rzeczywiste granice, może iść spokojnie, nie spiesząc