Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/80

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


podał mi kartę, odepchnąłem jego rękę, karta upadła, podniósł ją, siedział spokojnie;
już prawie spałem gdy uderzył mnie kartami od dołu w nos, wytrąciłem mu je z ręki, karty rozsypały się na podłodze, popatrzył na mnie uśmiechając się i kopnął mnie w nogę, oddałem mu, kopnął mnie znowu i już silnie, uderzyłem go pięścią, zaczęliśmy się bić; w pewnej chwili musiał chyba dostać w nos, zaczęła mu kapać krew; może już nie miał zamiaru się bić, już usiadł, gdy jeszcze go uderzyłem, a on wyciągnął chusteczkę próbował zatamować tę krew, już nie krople ale wąskie strużki od nosa poprzez usta i brodę,
„no” — pomyślałem — „wreszcie spokój; szkoda że to nie nastąpiło wcześniej”. On schylił się, z tą chustką przy nosie, pozbierał karty schował do kieszeni, usiadł w kącie obok drzwi; oczy miał otwarte wpatrzone w ścianę przedziału;
lecz nie mogłem zasnąć; siedziałem przy oknie, już ciemnym, patrzyłem na mijane światła, na budynki pustych stacyjek gdzie pociąg się zatrzymywał; były jakieś głosy konduktorów, podnoszenie latarek, starałem się skupić całą uwagę tylko na tym, czekałem aż mnie to zmęczy i oczy mi się zamkną, bo z początku zaciskałem powieki ale sen nie przychodził — mimo iż przecież przedtem podczas gry w karty wydawało mi się że zaraz zasnę — czekałem aż oczy same mi się zamkną na jakimś zarysie mijanego domu czy na szeregu świateł którejś ze stacji, nie pozostawiając we mnie żadnych innych obrazów, nic prócz tego jakiegoś martwego konturu dachu, tych rozmazywanych ruchem i kroplami deszczu na szybie, stacyjnych lamp,
Jakaś stacja na której pociąg się zatrzymał wydała