Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Wyciągnąłeś mnie; ja jeszcze nie chciałem stamtąd odjeżdżać.
— Dlaczego? Przecież tutaj też dobrze nam się gra. I mamy wódkę.
pomyślałem że to jest z jego strony celne, bo ja rzeczywiście pragnąłem tam jeszcze zostać — spróbować odnaleźć tę dziewczynę, jeszcze ją zobaczyć  —, chciałem to przed nim ukryć tak bardzo że nieomal ukryłem przed sobą a teraz on gdy już jesteśmy w drodze i co najmniej już dwie godziny jazdy on mi to mówi, i dodaje jeszcze:
— Może wrócimy?
— Dobrze, wracamy — odpowiedziałem — wysiadamy na najbliższej stacji i czekamy na powrotny pociąg.
ale nie wiedziałem już co o tym sądzić gdy zaczął mówić że miał się tam spotkać z tą jasną blondynką, że umówił się z nią w kawiarni w której byliśmy, lecz wyszliśmy stamtąd za wcześnie, ona miała tam przyjść za jakieś pół godziny, — wyjął z kieszeni jakiś wiersz, jej wiersz — jak mówił, czytał go głośno, potem pytał czy ładny „bo przecież tak piękna dziewczyna nie może pisać brzydkich wierszy”, powiedziałem że tak, że bardzo ładny, i żeby mi dał go jeszcze przeczytać bo jestem raczej wzrokowcem — chciałem odwlec powrót do oka czy pokera, może on to wyczuł; schował wiersz, powiedział „gramy”,
zamykały mi się oczy; chciało mi się spać tak bardzo że już wreszcie nie mogłem udawać; „to prześpij się” powiedział; jeszcze nie zasnąłem kiedy szarpnął mnie za rękaw: „gramy”