Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


trzeba było przejść ulicę, zatrzymaliśmy się aby przepuścić parę samochodów, przejechały, zeszliśmy z chodnika, i nagle gwizd; odwróciliśmy się; ulicą nadjeżdżał parowóz (blisko dworca — tak sobie to tłumaczę teraz — może tam w pobliżu dworca na pewnym odcinku ulicy przechodziły tory kolejowe — ale wtedy ta ulica była dla nas zwyczajną śródmiejską, — zaraz, czy And wymamrotał wtedy: „za wiele, tego już stanowczo za wiele”)
więc biegliśmy już (oczywiście z chichotem — ja też miałem buzię rozjaśnioną — z chichotem i z czymś co można by nawet nazwać wygłupianiem się, zwyczajnym graniem, udawaniem tego jakiegoś popłochu) biegliśmy już do końca do samego dworca.


Mieliśmy jeszcze około trzech godzin czasu, włóczyliśmy się po hali dworcowej, było nam zimno, dzień był jak grudniowy, wiatr i drobny lodowaty deszcz, po kupieniu biletów i papierosów zostało nam po parę złotych, za mało żeby ten czas przesiedzieć w dworcowej restauracji,
później nasz pociąg był już podstawiony i weszliśmy do wagonu; w pokera zaczęliśmy grać gdy pociąg już ruszył, byliśmy sami w przedziale, to był pociąg zwyczajny osobowy zatrzymywał się na każdej stacji, i na jednej z nich weszła do naszego przedziału jakaś kobieta, miała książkę — chyba kryminał — i zacząłem to czytać podczas gdy And z nią rozmawiał, ale zaraz wysiadła i znowu wróciliśmy do kart,
And w pewnej chwili wyciągnął z teczki wódkę, oka-