Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zało się że miał tam dwie butelki wódki, nie wiem kiedy to kupił, „coś tutaj mam” powiedział,
od tamtego śniadania w barze nie jedliśmy nic, głowa bolała mnie bez przerwy już od poprzedniego dnia, i piekły dziąsła język i gardło, paliłem odruchowo nie myśląc nawet że palenie może stłumić głód, z pewnością znowu bym rzygał, gdybym miał czym, może gdybym nie był tak wyczerpany to ta gra w pokera doprowadziłaby mnie do szału, tak, nie miałem na to siły, tym bardziej że jej resztki musiałem skupiać na grę, starałem się nie przegrać tych paru złotych, to może była głupia uporczywa myśl z lęku przed kreskami znaczonymi na marginesie gazety jeślibym już później przegrał nawet zapałki, jednocześnie musiałem udawać że ta gra bardzo mnie bawi i nie chciałbym jej przerwać,
gdy on powiedział że coś ma w tej swojej teczce pomyślałem że może kupił coś do jedzenia — ta moja naiwność była chyba też wynikiem osłabienia — dwie flachy wódki nic więcej, przyjąłem to już tylko z tępą rezygnacją, a powinienem wyrazić zachwyt czy przynajmniej zadowolenie, choć zadowolenie było rzeczywiście — gdy udało mi się przełknąć parę łyków bez zewnętrznych widocznych wstrząsów; wiedziałem że And patrzy na mnie gdy piję, „świetna wódka” zdołałem jeszcze powiedzieć wręczając mu flachę „świetna, a właśnie myślałem o tym, miałem wielką ochotę się napić”; wyglądało że uwierzył bo po chwili ją schował;
nie wróciliśmy jeszcze do przerwanej gry — a ja trzymałem karty gotów do natychmiastowego jej podjęcia — And patrzył w okno, czekałem aż się odwróci (aha, przeszliśmy już do gry w oko, i gdy on wtedy patrzył w okno schowałem do rękawa asa. — A potem