Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się że powiedział „nie myślcie, panowie, że ja jestem słaby, ktoś patrząc na mnie mógłby mnie wziąć za chuchro; ja mam siłę atlety”)
ze środka pokoju doszedł do drzwi, zawrócił, popatrzyłem na Anda, miał zdaje się przymknięte oczy, tamten już znowu był na środku, And nagle porwał ze stołu swoją teczkę i karty, drzwi otwierały się cicho, wybiegliśmy, ja jeszcze się odwróciłem — tamten szedł na tych rękach, zbliżał się do przeciwległej ściany,
schody przebyliśmy biegiem (czy And już tam na schodach zaczął chichotać?, nie, chyba gdy już byliśmy na dole czy na ulicy; nie śmiech ale chichot — przypominam sobie teraz że ten chichot znałem już wcześniej, nie zdarzał mu się często ale znałem, nie pamiętam tylko dokładnie sytuacji w których się pojawiał, żadnej prócz tej, to były urywane, krótkie jakby zacinające się wybuchy, głowa przechylona przy tym trochę w tył, cichot który od strony brzmieniowej podobny był raczej do łkania — nie skierowany do mnie, And na mnie nie patrzył i zresztą jak zawsze w podobnych wypadkach wyprzedził mnie trochę w tym biegu), po przebyciu schodów i opuszczeniu hotelu nie biegliśmy, szliśmy tylko dość szybko, na razie, bo za chwilę znowu zaczęliśmy biec:
to musiało być już blisko dworca kolejowego (ale wtedy nie przypuszczałem tego, a And — który w tym mieście był zdaje się jak ja po raz pierwszy i mógł jakimś najwyżej wyczuciem kierować się w stronę dworca dość w dodatku odległego o którym wprawdzie nie mówiliśmy ale (ja, jak i on) na pewno myśleliśmy o niczym więcej — And też chyba nie podejrzewał że jesteśmy już (o ile naprawdę byliśmy) blisko dworca)