Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mi i powiedział żebyśmy tam złożyli swoje podpisy And poza jego plecami już nie śmiejąc się dawał mi znaki aby tego nie robić — a tamten jeszcze przedtem powiedział do mnie „przyszedłem tu przede wszystkim do pana, szkoda że mnie pan nie zna, ja nie mam zwyczaju nikogo głaskać, moje oceny są bardzo surowe, ale pan to naprawdę wielki talent, — mianuję pana przedstawicielem naszego pisma, przedstawicielem na Polskę południową”, a And (ponieważ powiedziałem że And to też Wielki Talent) miał być moim zastępcą —
pomimo znaków Anda a może właśnie dlatego podpisałem te druki, i And — mój przecież zastępca — musiał to zrobić też; i ten jego prawie przestrach z jakim podpisywał druki sprawił mi przyjemność; zanim i mnie zaczął się udzielać, — a kim ty w ogóle jesteś (od początku zwracaliśmy się do niego przez „ty”, a on do nas: „pan”, „panowie”) kim jesteś? — zapytał już po złożeniu podpisów And. — Jestem poetą — odpowiedział tamten. — To powiedz jakiś swój wiersz.
„powiedz jeszcze jakiś” domagał się And gdy tamten skończył recytację (wiersz był krótki i jak mi się wydało całkiem dobry); nie, on nie chciał mówić nic nowego, powtarzał nam jeszcze parę razy ten sam; „bo chciałbym, abyście to, panowie, zrozumieli”; powtarzał też jakieś fragmenty tego wiersza, „rozumiecie panowie?” pytał, — i nagle na środku pokoju stanął na rękach,
(wydaje mi się, — teraz, bo wtedy — we wszystkim tamtym — nic już chyba nie mogło mnie dziwić, nie widziałbym nic niezwykłego gdyby nie tylko stanął nagle ale nawet przyszedł tam na rękach, lecz teraz myślę że powiedział że musiał coś powiedzieć zanim zdjął marynarkę i odszedł na środek pokoju — więc wydaje mi