Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się o której mamy pociąg — ten zjazd czy festiwal był już zakończony, ci którzy mieli odjechać odjechali w nocy lub z rana, hotel mieliśmy zapłacony tylko do południa — zjedliśmy śniadanie na dole w barze, potem chwilę siedzieliśmy w jakiejś kawiarni, i wróciliśmy jeszcze do hotelu, zaczęliśmy znowu grać w karty, ktoś zapukał, otworzyliśmy drzwi, wszedł jakiś młody człowiek, powiedział „dobrze że panów jeszcze zastałem”,
mówił, że on jest przedstawicielem organizującego się miesięcznika czy tygodnika, organu młodych artystów: poetów, malarzy, muzyków, „nasze pismo” — mówił — „będzie wydawane w sześciu językach, przewidujemy olbrzymi nakład, świat zapozna się z naszymi najświetniejszymi talentami”, „kredowy papier, barwne dorównujące najlepszym wzorom zagranicznym reprodukcje”, „pismo będzie wielostronicowe o formacie zbliżonym do książkowego”, „mamy niewyczerpane fundusze”, „przewidujemy szereg stypendiów artystycznych” (wymienił jakieś — dla nas zupełnie oszałamiające — sumy), „wyjazdy za granicę”, „panowie możecie mi już teraz podać — oczywiście wyjazd może nastąpić dopiero za parę miesięcy, gdy nasze pismo już się na dobre rozkręci; tak, w najgorszym nawet wypadku za rok najpóźniej — możecie mi podać kraje, do których chcielibyście wyjechać; oczywiście na szereg miesięcy”,
And spoglądał na mnie, uśmiechał się (przed rokiem — a był wtedy jeszcze pełen zapału — próbował zdobyć dla tych młodych kolumnę czy pół w jakimś tam kulturalnym dodatku niedzielnym dziennika którego był nieomal współredaktorem od dwu lat wtedy tam pracował), uśmiechał się więc, z początku, a potem gdy tamten wyciągnął ze swojej teczki jakieś druki z pieczęcia-