Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tego powiedzieć bo wtedy pewnie zamknąłby mnie w tej szafie na klucz, nie wiedziałem co robić; lecz on po chwili poszedł do ustępu i wtedy wyszedłem z szafy; a And zaraz wrócił, nie mówił nic, zachowywał się jakby mnie tam w ogóle nie było, i poszedłem rzygać.
on się mył gdy wróciłem, a potem ubierał się; i kładąc się do łóżka powiedziałem, żeby zgasił światło gdy będzie wychodził;
zaraz zasnąłem, spałem chyba niezbyt długo, może z godzinę, miałem jakieś dręczące sny, zdaje się uciekałem przed kimś, nie jestem pewien, ale nagle zerwałem się, myślę że krzyknąłem, światło w pokoju świeciło się nadal, łóżko Anda było puste, i niezupełnie jeszcze rozbudzony wstałem aby zgasić światło, i nagle zobaczyłem Anda i wydało mi się że to jest dalszy ciąg tamtych sennych widzeń, że nadal śpię; ubrany, jakby gotów do wyjścia, stał oparty plecami o drzwi, głowa trochę przechylona w tył, twarz jak martwa, oczy otwarte wydało mi się trochę za szeroko, wytrzeszczone nieomal; więc w pierwszej chwili wrażenie jakbym nadal śnił, może znowu bym krzyknął; lecz uspokoiłem się, zgasiłem światło; mogła być godzina trzecia lub czwarta, okno było już trochę rozjaśnione.


Zbudziłem się około godziny dziesiątej. And jeszcze spał w swoim łóżku, podszedłem zerwałem z niego kołdrę, „wstawaj” powiedziałem; popatrzył na mnie i z powrotem zamknął oczy; wziąłem ze stołu karty i trąciłem go nimi w nos, „ach, prawda, gramy” wymamrotał, po chwili wstał;
graliśmy niedługo; należało zejść na dół dowiedzieć