Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Siusiu?
— Siusiu.
— Lubisz. — — Aha, a jakiś przystojny — żeby się go na przykład nie trzeba było wstydzić, czy żeby można było z nim iść na dziwy — przystojny i bardzo inteligentny brunet
— Aha; a jakiś — no, również przystojny — i osłupiająco inteligentny, i przy tym niezwykle uroczy — blondyn
— Lubiący czarnule: ale nie lubiący ściągać żadnej z nich majtek bo to jest męczące, niech w tej chwili robi to za niego ktoś inny a on przez ten czas woli posiedzieć sobie w szafie i porozmawiać z przyjacielem


— pokazałem jej ciebie — to co ty gadałeś tu o wstydzie było głupie, ja na przykład z ciebie, ja jestem z ciebie dumny — powiedziałem jej, że jesteś moim przyjacielem, a ona: „co? taki buc?”, wiec byłem oburzony; bo jakże dziewczyna, którą widzę po raz pierwszy, może sobie wobec mnie od razu pozwalać na używanie tego rodzaju wyrażeń?
— — Tak. — Nie musisz mi mówić że jestem bucem, sam o tym wiem najlepiej; już fakt, że jestem tu, że się tyle męczyłem, po to tylko żeby rozmawiać teraz z szafą... — tak, szafo; wiem o tym
a po chwili, ciszej, jakby do siebie:
— otóż rozmawiam z szafą... nie przypuszczałem nawet że można... — I ona też... nawet szafa... próbuje mnie ugryźć... tak, wreszcie nawet szafy są przeciwko mnie...
Coraz bardziej chciało mi się rzygać, nie mogłem mu