Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niarski sposób zepsułem sobie żołądek, i początkowo konieczność myślenia o tym chorym worze doprowadzała mnie do wściekłości a myśleć o tym musiałem bo ból od którego czasem stawały mi w oczach przysłowiowe świeczki i rzygałem a rzyganie zawsze było dla mnie czymś wyjątkowo ohydnym to wolałem już pamiętać o chorym flaku — Andowi ta moja żołądkowa historia sprawiała z początku wiele radości, później niestety się do niej przyzwyczaił) poszedłem do baru mlecznego, potem wróciłem do hotelu,
z Andem spotkałem się dopiero wieczorem, na jakiejś imprezie, może był już trochę pijany, poszliśmy później na kolację i rozstałem się z nim znowu przed barem mlecznym, a gdy on wrócił ja już spałem a właściwie udawałem że śpię, chciałem — to niewątpliwie było zmęczenie — chciałem spokoju, And oczywiście zaraz ściągnął ze mnie kołdrę, powiedział że teraz klęcząc w kątach będziemy śpiewać „W krzyżu cierpienie”, że przecież mówiłem mu kiedyś iż jestem Mistrzem Cierpienia, mimo iż to właśnie on jest ukrzyżowanym bucem, lecz w porządku, jestem Mistrzem Cierpienia, on to przyjmuje do wiadomości, zgadza się z tym, i będę śpiewał swój hymn, on też, będziemy śpiewać nasz hymn; lecz wtedy właśnie nadszedł Szczeniak zaczął pukać do drzwi, And się rozebrał, mył się nie reagując na pukanie, położył się do łóżka, coś może mamrotał do mnie czy do siebie, lecz po chwili już spał, podczas gdy Szczeniak jeszcze przez pewien czas pukał.
Wtedy zanim zasnąłem myślałem że to dobrze że nie mogę chodzić do tej restauracji, dobrze że będziemy się w ciągu dnia rozstawać, tak myślałem tej nocy,