Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


poruszał to trwało parę minut) siedząc w tym oknie powiedział:
„Wyjeżdżam. Zdaje się za dwie godziny mam pociąg”, a po chwili: „co ja tu robię, skąd się wziąłem tutaj?”
I mówiłem ja, mówiłem, żeby poczekał, żeby został jeszcze do jutra, ewentualnie jutro pojedziemy razem;
te słowa — jego i moje — to było nagle — tak mi się wydało — jakbyśmy odzyskali mowę, tę straconą dawno zdolność porozumiewania się, i przeszło mi przez myśl że to było już w ciągu tej całej nocy, a nawet wcześniej, już wtedy gdy przyszedłem do niego i powiedział że nie mamy czasu bo trzeba kupić jeszcze bilety. I w ciągu tego całego dnia i może jeszcze dnia następnego (And zdecydował się wreszcie że zostanie) przynajmniej chwilami dnia następnego to jeszcze trwało — odnosiłem wrażenie, i może też w trzecim dniu, nawet i później w ciągu tamtej nocy może były takie momenty, ale wtedy nie miałem już tej pewności, i też chyba on — o ile przedtem odczuwał to podobnie — nie miał już jej, gdy przecież chwilami ja sam zdaje się nie bardzo wiedziałem co znaczy to co sam mówię.


Więc ten pierwszy dzień — poza historią ze Szczeniakiem (którego postanowiliśmy już nie wpuścić do pokoju, wieczorem gdy wrócił nie otworzyliśmy mu drzwi i już się więcej nie pokazał) — był dniem spokojnym;
wyszliśmy na obiad i wtedy rozstałem się z Andem (wszyscy zjazdowcy mieli załatwione śniadania obiady i kolacje w jednej z najlepszych restauracji tego miasta ja byłem na diecie — już dawno w pewien głupi gów-