Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w tym pokoju i Szczeniak rozebrał się do naga, prężył przed lustrem swoje dość żałosne mięśnie „Apollo, panowie, co?”, And powiedział że jeżeli idzie o kolor to owszem, kolor marmuru, „chociaż nawet nie; tasiemiec bardziej, cera i skóra tasiemca” dodał (And miał skórę ciemną, nieomal indiańską, zbudowany był świetnie, więc było przecież śmieszne że Szczeniak chce mu swoją dość marną posturą imponować, lecz Anda to nie bawiło i kiedy tamten poszedł się kąpać And powiedział: „dlaczego pierwsze co tu zobaczyłem to był nagi tasiemiec, i pomijając już całą niesmaczność tego to jest przecież obrażające; tak, przecież to jego stanie tutaj nago obok nas ubranych, pokazywanie nam dupy, jest obrazą; dlaczego zaraz na początku musiałem zobaczyć tę białą dupę skurwysyna?“)
a później powiedział (Szczeniak gdy wrócił z łazienki zaczął coś mówić, byliśmy już przyzwyczajeni do jego pewności siebie ale to teraz przechodziło wszystko na co ostatecznie mogliśmy być przygotowani, jednocześnie jego radość i entuzjazm i mówił że spotkał tu dużo „świetnych kobiet” (już je wszystkie przygadał, czy nawet znał wcześniej) i ma wybrane te trzy dla nas i przyprowadzi je tutaj „zrobimy sobie balecik”, i And gdy tamten znalazł się blisko niego odepchnął go nagle i Szczeniak wywrócił się i wstając powiedział że on może uderzyć że może mocno uderzyć i „zapewniam cię że byłbyś biedny” a And się z tego nie roześmiał lecz milcząc — podczas gdy Hock’n Holl kierował już tylko do mnie swoje szczebiotanie a ja od czasu do czasu mechanicznie mu przytakiwałem — usiadł w oknie i kiedy już Szczeniak wyszedł And siedział tam nadal i jeszcze milczał założył nogę na nogę i nerwowo nią