Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jednocześnie tak że wszystkie były niewyraźne wzajemnie przytłaczane sobą więc było to prawie myślenie o niczym i jeżeli w tym myśl również o wyjeździe — ta oczywiście że nie pojadę — to była tylko jedną z tych chaotycznych, i dopiero gdy znalazłem się pod domem Anda uświadomiłem sobie że idę do niego aby jechać na ten zjazd i że już w domu ubierając się musiałem o tym myśleć, przecież te jakieś drobne przygotowania: przybory do golenia, szczoteczka do zębów, paczka kondonów,
pomyślałem że And będzie już ubrany i podobnie jak ja w to co ma najlepsze i spytam go czy wybiera się na wesele a on oczywiście odpowie że tak że zaproszony jest na wesele i że bardzo mnie przeprasza lecz porozmawiamy kiedy indziej i będę udawał że chcę wyjść a on powie żebym poczekał że wyjdziemy razem i powie że w teczce którą zabiera ma prezent ślubny,
i on rzeczywiście był już ubrany i teczka leżała na krześle, ale powiedział „no, jesteś wreszcie, nie rozbieraj się, zaraz wychodzimy, nie ma czasu, musimy jeszcze kupić bilety”.
Szliśmy szybko i prawie do siebie nie mówiąc prócz — on czy ja — coś o dziwach że tam może będą jakieś i że może też w pociągu, potem na peronie spotkaliśmy jednego Zaczynającego Pisać którego nie znosiliśmy szczególnie i to spotkanie ucieszyło nas trochę — ofiara którą się będzie można bawić przez całą noc jazdy, ja równocześnie cieszyłem się że gdy mnie to już znudzi And będzie nim jeszcze zajęty i będę mógł jeżeli znajdę siedzące miejsce zdrzemnąć się a w każdym razie będę miał spokój bo te dwanaście godzin sam na sam z Andem — dotąd nie zdarzało mi się być z nim dłu-