Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.




Nie chciałem jechać na ten zjazd czy festiwal Zaczynających Pisać i Zapowiadających Się, byłem pewien że nie pojadę, pomijając już że jesień i deszcz wiatr przenikliwe zimno i jestem w tej porze prawie chory zdychałem zawsze razem ze zdychaniem liści i światła z zatapianym smaganym strugami odrętwiającej wody powietrzem, i że dwanaście godzin jazdy w przepełnionym pociągu, pomijając i nawet chwilami nie myśląc o tym nie chciałem jechać,
może kilka dni przedtem widziałem się z Andem i mówił że pojedzie że pojedziemy, nie jestem tego pewien, zresztą nasze słowa nie miały już znaczenia i może gdy się z nim widziałem mówił że nie pojedzie,
i wyszedłem z domu i może mógłbym pomyśleć iż to przypadek że gdy znalazłem się na stacji (przechodziłem tamtędy bez zamiaru zatrzymania się przechodziłem poszedłbym dalej — może mógłbym pomyśleć) wjechał ten podmiejski pociąg i wsiadłem do niego, i jechałem do Anda tak jak zawsze, i jak zawsze — przynajmniej od dość już długiego czasu — niewiele myśląc, i nie dbając czy go w domu zastanę i nawet zdając sobie sprawę że jeżeli w drodze spotkam kogoś znajomego kto nie byłby dla mnie zbyt wstrętny a chciałby ze mną rozmawiać to wcale do Anda nie pójdę, jechałem więc a potem szedłem niewiele myśląc o czymkolwiek czy myśląc o wielu różnych sprawach