Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tu jest jeszcze jakiś człowiek, ucichło, przystanął i on „no chodź, myślałeś że nie zauważę chciałeś mi zwiać ja tylko udawałem że nie zauważam, żeby cię teraz rozczarować, myślałeś że ci się uda, że to tak łatwo się udaje, chodź kochany, jeżeli już ja się poświęcam, już nawet nie marząc o uwolnieniu się od ciebie, no czekam, nie zachciewa ci się chyba gonitw po nocy, wiesz zresztą że łatwo cię złapię”, nie uda się i jemu jak i on byłby już tutaj gdyby wiedział ze jestem teraz tu w tym mieście, zastanę cię i jesteś już na pierwszych ulicach zanim dojdę do twojego domu nie myślę że łatwo się udaje nie myślałem kurz i ciężki opar tego miasta ciemniał w wieczorze nie znałem powiedzenia o tanich demonizowaniach oczy w tej matowej ciemności już zanim dojdę otoczy mnie ten diabeł spoconego przemykającego pospiesznie pośród tylu i ręka przesuwana po brzuchu czy piersi urwany śmiech „każda śni o takich jak ty zwłaszcza” co by przypominało zrywanie się przeźroczystych wiatrów na długich polanach i nie chcę żeby przypominało i chcę tych kłuć w skórze pleców i głowy nie uda mu się powie „tak oczywiście wychodzimy zaraz na dziwy czekają właśnie na takich” tylko że w jakiś miesiąc lub dwa gdy myślałem że już koniec widywań się z nim powinien czekać na mnie zmąca mnie ten opar szybko pociemniał zaraz się nie myślę że łatwo zaraz
zastanę nie uda się i jemu zwiać zmąca mnie ten
zaraz się przejaśnię powiedział „jesteś wreszcie” ja nie chciałem jechać na żaden zjazd zastanę go powie „dobrze że jesteś” nic co by przypominało przeźroczystych wiatrów zaraz się