Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jakaś obejmująca przesuwa się po szyi czy piersi czy brzuchu jakiś urwany śmiech zaraz wyjdziemy i mam ci coś powiedzieć i odpowiem jeszcze na wiele a czy będzie jakaś dla nas moja będzie rzekł Świdryga ta pierś i ta szyja czy będzie dla nas tak późno opowiem ci na początek pewną historyjkę potem wychodziliśmy z knajpy, historyjkę którą opowiadał mi o tobie ktoś nie stąd, i na twoje rozpatrywania dróg i promyków, ale znał cię wystarczająco żeby wśród wielu opowiedzieć mi i tę, tak, o tobie, że przyniosłeś wiersze znanego wybitnego i oficjalnie nie istniejącego bo uciekł i bezczelnie cynicznie twierdziłeś że twoje, po dokonaniu tam paru przekształceń całkiem niedbałych, uważając ich najwidoczniej, i też bezczelnie cynicznie, za bandę durniów, dlatego to zrobiłem bo nie wiedziałem że ci się tak spodoba, jakby było twoje, jak sprzątnięte tobie, że inni nawet będą to potem brać za twoje, wyjdziemy „dla nas zawsze będzie, każda śni po nocach o takich jak my, jak ty zwłaszcza, zaraz zobaczysz”, ja się ciebie nie zapytałem dlaczego to zrobiłeś, dławiąc śmiech powiedziałem Lidce nie wierzę, sprzątnąłeś mi, wychodzimy, ty mi to sprzątnąłeś, wychodzimy z zamykanej knajpy, puste te słowa wszystkie jak ta flaszka „jeżeli i w twojej kieszeni jest tak pusto jak w tej flaszce to ten nasz wspaniały wieczór pozostaje nam już tylko ukoronować Teatrem Narodów”, boczna uliczka okna już pogaszone żadnych świateł kamienny wąwóz rozjaśniony tylko szarawym niebem czy jest tu jeszcze ktoś ten obok to też ja nic nie mówi nie mówię to ja rozdwojony lub mi się dwoi w oczach czy widziadło w tej matowej ciemności i zatrzymuję się szedłem trochę z tyłu widzę idzie gdy ja stoję słyszę stuk butów jest ktoś