Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


żej niż pięć godzin naraz a dość miałem już po godzinie czy dwóch — byłoby myślałem ciężkie nawet gdybym nie był zmęczony,
lecz wyglądało że zmęczony był on bo potem kiedy ten Początkujący uciekł od nas And milczał i chwilami nawet drzemał stojąc oparty o drzwi przedziału a jeżeli później coś mówił i ja mu odpowiadałem była to rozmowa dość spokojna.


Nie wiem czy i on lecz ja byłem w tym mieście po raz pierwszy; było nam chyba już w tym pierwszym tam dniu nie pamiętam czy deszczowym — a i drugi i trzeci wszystkie były szare bez śladu słońca — już w tym pierwszym było nam chyba trochę zimno,
w tym dniu załatwialiśmy formalności w komitecie organizacyjnym (żadnej interesującej dziwy jacyś najwyżej znajomi Początkujący a i tacy którzy coś słyszeli o nas czy o jednym z nas i teraz chcieli z nami rozmawiać lub się na nas z pewnej odległości patrzyli jak patrzy się na przybyszów z egzotycznego kraju lub jak w takim egzotycznym patrzą na gości ze świata zwyczajnego gdzie indziej a który w tym kraiku jest egzotyczny), następnie formalności w hotelu,
gdzie okazało się że Hock’n Holl (szczeniakowaty spryciarz który równie dobrze mógłby się znaleźć na zjeździe zaklinaczy wężów i równie dobrze tą swoją hochsztaplerką wypracować sobie opinię najlepszego zaklinacza gdyby nawet nie zdarzyło mu się nie tylko dotknąć ale i nigdy widzieć węża, myśmy mu czymś imponowali a widocznie sądził że nie tylko jemu (i może