Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


razie niczym więcej, gen W natychmiast uskarbiał milionom, powiedziałem że widział dla siebie i rzeczywiście sam wlazł, w te budki, on więc tak widział tamte budowania, wlazł słyszałem niedawno że mówi iż jest wilkiem czy lisem, nie pamiętam, jakimiż więc zwierzątkami są jego preparatorzy w gena, wleźli tak samo w te budki, on mówi to im, nie obchodzili go nigdy inni którym nie był gen W, kto szlachetny i bohater niech do Wysokich frajer próbuje bojowych podskoków do złych silnych a ja sobie upodobałem pochylać się, w te budki, mówi im że jest wilkiem (czy lisem) czyli ostrożnie bo może ugryźć, wszystko możliwe z tej kupy papieru i preparowań, biedne dziecko (-wilczek), child who has had a pig-headed father, — i byśmy może ani ja tych słów ani on (And) żadnego jakiemuś ich genowi, poświęcił genowi W wierszyk-gadaninę o wyrażaniu zapachu w poezji, przerywa ją mówiąc mu (genowi W, w którego mieszkaniu ta ich we wierszyku gadanina) żeby otworzył okno (czy może wyniósł wiadro stojące przy łóżku) bo bardzo czuć szczyną, przerywam i ja,
chyba w czasie tamtych rozwalań moje z Andem rozmowy nabrały na dobre rysów tego niepewnego i jak porównałem do komunikatów z czasu wojny zrozumiałych jedynie dla pewnych wojskowych grup operacyjnych to by te wzajemne wtajemniczone grupy były w końcu wybite w nas prawie co do nogi po dziesiątkowaniu ich od początku, już od początku nasze rozmowy miały te rysy. On mi od początku działał na nerwy.