Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tylko że potem w miesiąc lub dwa po tamtym z nim w lesie spotkaniu zastałem dół w miejscu bomby, była prawie wszystko (od nowa gdy uważałem za skończone tamte epizody) mojego życia wewnętrznego a co miałem z zewnętrznego mógłbym tylko tępo i żebraczo widzieć życiem i pomyślałem że skoro jej już nie ma, pomyślałem: „— za mocno ją przewrócił — skurwysyn — żebym choć widział to, żebym tu był — przy swojej śmierci — nie tego skurwysyna, moje życie wylatywało tu w powietrze, ja o tym nie wiedziałem — to jakbym teraz miał żyć po swojej śmierci — wszystko — pozostał mi jeszcze rewolwer i gdybym nie był tchórzem —”, no, patetyczne histeryczne myśli, lecz nie mniejszym komedianctwem jaśniały tam drzazgi pokaleczonych paru drzew i ten dół przede mną i złociście migotał wczesnojesienny poranek, i mnie ta arlekinada nastroiła na ten styl, ale i głębiej było mi dość próżniowato naprawdę.


— wiem że ci się Lidka podobała i równocześnie, choć to dla mnie niepojęte, ona cię dość lubi, a ty przecież nie będziesz miał nigdy żadnej dziwy, wyłączając ślepe czy obłąkane
— została twoją żoną a nie wygląda na ślepą czy obłąkaną
— miłość jest ślepa i obłąkana ale że w tobie się jakaś zakocha przypuszczać mógłby tylko ślepy i obłąkany, wiec pomyśl, to jedyna okazja; i jeszcze syn, i udany, a ty nie jesteś chyba aż tak tępy żeby podejrzewać że uda ci się zrobić już nie mówię syna i uda-