Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i reflektorami samochodu pancernego, twarze zwrócone w kierunku gdzie ma się pojawić któryś z przywódców, zakołysanie się tłumu okrzyk wpółskowyt gdy on już się pojawia, stoi mówiąc, porywa, ma ich we władaniu, jest jak uciszający morze, aby za chwilę rozpętać je skierować w pożądane uderzenie (pamiętam też, zauważył raz że wszystko co o tej rewolucji napisano, co czytał, jest tak mdłe w zestawieniu z jej Wielkością, że po prostu obrażające, i nie tylko ją i tych co brali w niej udział, lecz i jego „tak, mnie osobiście to obraża”),
zamierzaliśmy tam wyjechać, tamten kraj, gdy mogło w nim zaistnieć coś tak Wielkiego, był dla nas krajem wszelkich możliwości, nabrałem i ja zapału do tej sztuki której już można było się oddać — oddać się najpierw do dyspozycji tamtym przywódcom, powierzyliby nam też pewne dysponowania —
pomyślałby najpierw o udowodnieniu tych udolności tu w swoim kraju żadnego ich potwierdzenia mógłby te co gdy nawet tylko próbki udolności robić z większą dbałością, zdaje się pisał z nie większą niż tamte w knajpie improwizacje, to byśmy —, ale w chłodzie z jakim były przyjmowane stygł zapał, nagryzmolone co bądź i jak bądź słusznie mógł uważać za lepsze od wszystkich opusów gena W ale po cóż tak brał pod uwagę, których rozumowania sam przecież nie pojmował, preparatorów gena W, którego też słusznie mógł uważać za kiepskiego swojego ucznia, gen W z materiałów wynoszonych z budowań Anda zdawało się niebotycznych i później równie porywających rozwalań (widywali się jeszcze) klecił budki dla krasnoludków i tym podobnych zwierzątek, And tamto mówieniem na