Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dopiero gdy go zobaczyłem — u mnie w domu się dowiedział że poszedłem do lasu) nie zdziwienie lecz myśl o zabiciu go, ruszyłem szybciej z lekkim już szumem w głowie, nogi zginały mi się jakoś za miękko, zobaczyłem go, stał tyłem do mnie, szybciej jeszcze szybciej, on się odwrócił zobaczył mnie krzyknął znów czy coś powiedział i to mnie jakby wyrwało z tego szumu i rzuciłem rewolwer w krzaki malin obok; wyglądało że on myślał że to niosłem grzyba:
— Czemuś tego grzyba rzucił?
— A, bo nie lubię grzybów. Zresztą to był zdaje się trujący.
— To po cóż go brałeś?
— Zdawało mi się przedtem że dobry.
Spytał mnie czy wiem po co do mnie przyjechał, powiedziałem że nie.
— Przyjechałem po rewolwer.
— Prawda, chcesz się kropnąć, i ja mam być potem z Lidką, pamiętam. Chętnie ci go dam, ale
— ale co?
— Dam ci go.
— Najpierw jednak coś zrobimy, coś sobie pomyślałem, przyjechałem po rewolwer i po ciebie. Wiesz że mnie nie zależy już na niczym
— wiem, nie widzę u ciebie nic na czym by mogło zależeć.
— To jasne widzenie orientuje cię chyba że i ty nie masz nic do stracenia,
mówił o napadzie na pewną knajpę, ma to przemyślane, musi się nam udać, będziemy mieć wreszcie forsę, więc do wyboru dziwy, w ogóle co nam się zachce, zdecydowany z sobą skończyć pomyślał że skazaniec