Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

gardzący szansą zakosztowania tak zwanej urody życia w tych co mu jeszcze zostały dniach jest frajerskim durniem
— i pomyślałeś w tym sensie też o mnie — wtrąciłem.
— Za ciebie; wiem że jesteś w myślenie ubogi więc cię wsparłem.
— Sam już o takim napadzie myślałem — powiedziałem (niezupełnie zresztą kłamiąc).
— To cię nie doceniałem. Zabieraj rewolwer i jedziemy; gdzie go masz?
— A jak się nam nie uda?
— Będziemy mieli rewolwer. Jesteś już, powiedzmy, zdecydowany skończyć i obojętny ci dzień i sytuacja; z najprzeróżniejszych czy nie podoba ci się bojowa; zginąć na polu chwały, co?
— Ale rewolwer mam schowany w lesie daleko stąd a teraz chce mi się pić i muszę iść do domu.
Poszedł ze mną, napiłem się wody, wróciliśmy do lasu, idąc opowiadał mi swój plan, po jakiejś godzinie łażenia po lesie powiedziałem:
— Bujałem cię, nie mam rewolweru, pożyczyłem go koledze który wyjechał na wakacje, wiec dopiero gdy wróci.
(niezupełnie kłamiąc powiedziałem przedtem że sam już o takim napadzie myślałem, przychodziły mi czasem pragnienia tego jak on mówił zakosztowania a nie zapowiadało mi się z mojej pracy, od dzieciństwa już nie tylko obserwowanej i nigdy ta harówa na nic więcej prócz dalej dziadostwa trwale oblepiło mnie tam daleko raz a dobrze, z tak raz a dobrze na określonym torze ustawionego całego mojego życia ale niedużo